Chcemy się podzielić z Państwem naszą Bajką o lesie, która powstała w ramach projektu „Mamo, tato pokażę Ci las!” w 2017 roku. Zachęcamy do przeczytania jej dzieciom!

Bajka o lesie

 

Było już ciemno. Za oknem słychać było szum wiatru. Dzieci już czas do łózek powiedziała mama. A opowiesz nam bajkę? No dobrze, ale wskakujcie szybciutko do łózek. Dzieci przytuliły się do mamy. Dzisiaj opowiem wam bajkę o lesie. Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami – tak zaczyna się nasza bajka. Mama mówiła

Ale mamo – tutaj nie ma gór i rzek – są stawy i dużo drzew – przerwała 3 letnia Sara. Ja mam prawie cztery lata, to wiem - poprawiła mamę.

No tak, więc zacznijmy od początku. Za… wieloma drogami, trochę dziurawymi, z dala od domów, mieszkań i gospodarstw mieściła się mała chatka w dużym lesie. A w tej chatce cuda i dziwy się działy.

- Jakie – zapytały dzieci? Ciiii, posłuchajcie.

A więc w tej chatce, małej drewnianej mieszkała… Baba jaga! – krzyknęły dzieci.

Nie, nie Baba Jaga. A więc w tej chatce małej, drewnianej mieszkały dwie wróżki. W zasadzie to nie mieszkały, ale bardzo często przyjeżdżały, a to na liściu przyfrunęły, a to ważki je podrzuciły, a to jeż zaofiarował miejsce na swoich kolcach. A najbardziej lubiły przyjeżdżać, kiedy pojawiały się dzieci. tego lata postanowiły jednak zaprosić do lasu nie tylko dzieci, ale i rodziców. Wkrótce w przedszkolu pojawiło się ogłoszenie –

Kochani rodzice, kto się nie boi niech przyjeżdża do lasu.

zabiera ze sobą dzieci, które nie robią w lesie dużo hałasu.

Można też zabrać koszyczek z jedzeniem

Bo będziemy rzucać nie tylko kamieniem.

Będziemy łowić stworzenia dziwne i małe

I podziwiać wszystko co w lesie wspaniałe.

Będziemy czekać w niedzielne południe

Nawet jeśli nie będzie na dworze zbyt cudnie.

Nikt nie wiedział jakim sposobem wróżki dostały się do przedszkola. Może poleciały z motylkiem, a może jaskółka pokazała im drogę? Grunt, że w przedszkolu zrobiło się poruszenie – kto będzie takim dzielnym przedszkolakiem? Kto z rodziców nie boi się jechać do lasu? No kto? – zapytała mama.

Ja, ja – krzyknęły dzieci.

I macie rację dzieci. W niedzielne południe pojawił się pod przedszkolem wielki, wielki autokar. Otworzył ogromne drzwi i powiedział basem: Kto się nie boi, wsiada, bo drzwi zamykam i do lasu zaraz zmykam! I wiecie co? Pojawiła się mama z tatą, brat i siostra i jeszcze inne dzieci i ich rodzice. Ledwo usiedli, a autobus buchnął, chuchnął, nadymał się, zawirował i uniósł się w powietrze. Raz, dwa, trzy i pojawił się przy leśnej chatce. Tymczasem małe wróżki denerwowały się okropnie – kto przyjedzie w niedzielne południe? Rączkami zasłaniały małe oczka, ale patrzyły między paluszkami to jednym to drugim okiem na drogę. Może jednak przyjadą dzieci? Wtem usłyszały warkot, syk i autobus w mgle gdzieś znikł. Lecz co to? Zapiszczały małe wróżki, bo na drodze pojawiły się dzieci i rodzice. Wybiegły wróżki z chatki, powitały dzieci, ukłoniły się rodzicom i zaśmiały. Witamy w naszym lesie – powiedziały wróżki.

Chcemy was po naszym domu oprowadzić,

coś na nudę dzisiaj zaradzić,

pokazać nowe dla mamy taty i dzieci zabawy

a potem zaprosić na łyk ziołowej kawy.

Ale najpierw – powiedziała wróżka – będziemy łowić robaki! Jakie robaki – obruszyła się druga wróżka – to owady. Robaki, owady, co za różnica.

Kto się nie boi brać do ręki robaków,

grzebać się w błocie i w wodzie przebierać

Zabiera siatkę i biegnie do stawów

Zasada jest jedna – nie można robaków ze sobą zabierać!

Rozpromieniły się buzie dzieciaków, rodzicom trochę miny zrzedły, ale cóż, miało być odważnie, więc nikt nie będzie się przyznawał, że może się bać…. Robaka (owada – poprawiła wróżka).

Wnet poszły w ruch siatki kolorowe. Wszyscy stanęli przy brzegu, dzieci oczywiście jak najbliżej wody, rodzice z tyłu i zaczęliśmy połowy. Hm, tylko co tam może być w tej wodzie? Szara ona jakaś była, kto by tam chciał w niej mieszkać? Nagle rozległ się pierwszy okrzyk zwycięstwa. To Jaś coś znalazł – wyglądało jak ruszający się patyk. To była topielnica. A potem był wąż! Taki co w wodzie pływał i umie nurkować – dodała wróżka! Ojejku i miał takie półksiężyce żółte na głowie. To był zaskroniec – wcale nie jest groźny i nawet potrafi udawać, że nie żyje, jeśli jakieś inne zwierzę będzie chciało go zjeść. O a teraz Wiktoria wyciągnęła takie śmieszne muszelki w kształcie stożka – wróżka powiedziała, ze to ślimak, który żyje w wodzie i nazywa się błotniarka stawowa. To ona je błoto? Zapytał Krzyś. Nie, błotniarka je rośliny ale lubi też zjeść jaja żab. Jaja żab? Niedowierzał Krzyś. To żaby robią się z jaj? Nie robią się, tylko wylęgają – poprawiła wróżka. O tu masz małą żabkę. Krzyś trochę skrzywił – to coś nie wyglądało jak żaba. Nie miało nóg, tylko coś co przypominało ogon i brzuch, aha i oczy. I ja mam to wziąć do ręki – zapytała mama Krzysia. Pokaż, pokaż – krzyczały dzieci. Mama zamknęła oczy – w końcu ma być dzielna – i wzięła do ręki małą kijankę. Nawet nie było to takie straszne, a kijanka delikatnie łaskotała ją w rękę. Patrzcie a  tamta to ma nawet nogi – i to dwie. Powiedziała rezolutnie Sara. A ta jest duża i ma kolorowy pomarańczowy brzuszek! I było takie coś co wygląda jak ufoludek – dodała Wiktoria. To nie ufoludek, tylko larwa ważki, takie małe dziecko ważka. Ojejku, tego już było za wiele. Wróżki rozejrzały się uważnie – dzieci biegały z lupami, rodzice zbierali złowione okazy do pojemników z wodą, tu i tam pojawiały się piski i okrzyki zwycięstwa lub zdumienia. Nie ma to jak udane połowy – zaśmiały się. Lecz co to? Z lasu zaczęło dobiegać dudnienie. To las przypominał o sobie. Goście wypuścili owady i ruszyli za wróżkami dróżką w kierunku lasu. Nagle przed nimi wyrosły kółka. Takie kolorowe i duże i małe. Zaczęły się unosić w powietrzu, łaskotać dzieci za uszami, muskać po brzuszkach i stawać na głowie i szeptały rodzicom na ucho cichutko:

Nasza kolej by ułożyć razem kolorowe owady,

Patyki, kamyki – takie też leśne wykorzystaj porady.

No i się zaczęło. Dzieci zbierały, rodzice układali, dzieci poprawiały i tak powstały wspaniałe owady. Już myślały, że zadań to koniec, gdy nagle słonko zniżyło się bardzo  zaglądnęło do uśmiechniętych buziek i powiedziało, że też chce dołączyć do zabawy. Dzieci spojrzały na wróżki, wróżki na rodziców – i co teraz? Mamy podrapały się po głowie. No tak, czas na portret na drodze. Wróżki porozmawiały grzecznie z cieniami, poprosiły by się nie ruszały. I tak powstały prace, których by się nie powstydził sam Matejko – malarz bardzo dobrze dorosłym znany. Chciały dzieci odpocząć – lecz wróżki nie ustępowały, wzięły za ręce mamy i tatusiów, i tanecznym krokiem szły dalej nucąc coś pod nosem. Pobiegły i dzieci – w końcu nie wiedziały czy gdzieś się wilk przypadkiem na nich nie czai? Jaki wilk – obruszyły się wróżki, tutaj gości mamy! Szli więc goście dalej. Drzew było coraz więcej, więcej też i małych roślin było. Tu jagoda, tam poziomka, tam szyszka spadła, liść obrócił się na wietrze, gałązki zagrały wietrzną melodię. Dzieci przymknęły oczy i nastawiły uszy – ciszy w lesie nie było. Raz z jednej raz z drugiej strony dobiegały różne odgłosy. Niektóre cichutkie jak ten szuuuuuuum lasu, inne głośne jak ryk jelenia w wykonaniu taty Zosi. Dzieci otworzyły jedno oko, potem drugie, a potem trzecie. Jakie trzecie? Takie dodatkowe – magiczna luneta, która potrafi zauważyć w lesie trop sarny, nadgryziony kapelusz grzyba, kiełkujący żołądź, biegnącą mrówkę.  To jest dar – cicho szepnęły wróżki. Dar dostrzegania maleńkich rzeczy, a takich jest najwięcej w lesie. Dzieci zamyśliły się przez chwilę i rozejrzały dokładnie – zauważyły teraz więcej, kroplę wody na mchu, ślimaka w trawie, ułamaną gałązkę, piórko na ziemi, zielony listek. Rodzice wzięli dzieci za rączki i razem szli chwilę nic nie mówiąc. Nagle pojawiła się szeroka droga. Dzieci jak na komendę pobiegły przed siebie. Nikt ich nie zatrzymywał, mamy i tatusiowie śmiali się widząc ile radości niesie ten bieg. Kto będzie pierwszy? Na małej polanie leżały pieńki zachęcając na odpoczynek. Wróżki poprosiły gości, by się wygodnie rozsiedli a same poprosiły dzieci o pomoc w zrobieniu leśnej herbaty. Takiej prawdziwej ziołowej. Przepis okazał się bardzo prosty. Wystarczyło nazbierać trochę roślin, które wróżki nazywały ziołami. Potem wrzuciły je do garnuszka, zalały gorącą wodą i po kilku minutach podały ten dziwny napój. Dzieci skrzywiły się – słodki to na pewno nie był. W małych brzuszkach coś zaburczało. Przyszedł czas na obiad. Wróżki wyczarowały leśną kuchnię – pojawił się garnek, noże, deski do krojenia i warzywa: ziemniaki, marchewka, pietruszka. Nikt nie grymasił. Ale kiedy wróżki powiedziały, że do zupy dodamy pokrzywę, rozszerzyły się małe oczka. Dzieci popatrzyły po sobie  czy ktoś jadł zupę z pokrzywy? Mamy też spojrzały z niedowierzaniem – zupa z pokrzywy? Za to tatusiowie szybko wzięli się do pracy – pokroili warzywa, liście pokrzywy, wrzucili wszystko do garnka i gotowali, gotowali aż ugotowali. Doprawili, dodali śmietany i …. kazali jeść. Hm, może to tak las zadziałał, a może ta zupa była po prostu pyszna, bo nie wiedziały wróżki kiedy zupa się…. skończyła. Najedzeni ruszyli szukać kolejnych przygód. Teraz wzmocnieni przepysznym posiłkiem zaczęli znosić gałęzie i wielkie konary. Zbierali liście i rzucali nimi w rodziców, a konarami to nawet zastawiły drogę rodzicom. I wiecie co? Krzyczeli, że rodzice nie przejdą! A potem uderzali patykami, chodzili po zwalonych drzewach i barykadzie leśnej, zabierali szyszki. I nawet nauczyli się latać wysoko! Jak? To proste – potrzebujemy kilku rodziców (ale silnych), wielkiej chusty, dziecka, które chce latać i gotowe. Szybowały dzieci piszcząc i klaszcząc z radości. Rodzice śmieli się i rozmawiali ze sobą wesoło. Uśmiechnęły się też wróżki. Jeszcze takich gości to nie miały w lesie.

 

Marta Chruściel

Nadleśnictwo Rudka
ul. Olendzka 31
17-123 Rudka
tel: 85 730 58 00
Strona WWW